Reportaże
"..na środek Australii"
Adelaide
Coober Pedy
Darwin
Kakadu National Park
 
15.12.2004

Kolejne odcinki

> Punkt startowy >
> Odcinek II >
> Coober Pedy >
> Coober Pedy II >
 


Punkt startowy w drodze na środek Australii.

Nasza podróż do centrum Australii zaczęła się ponad dwa lata temu, pomijając etapy przygotowań, dokładnie 11go września 2001.

Tego smutnie-sławnego dnia wałęsaliśmy się po lotnisku we Frankfurcie, nie mogąc się nadziwić jak wiele osób tłoczy się wokół TV - ogladając nie wiadomo co i nie wiadomo po co. Dumni ze swego niewątpliwego braku uzależnienia od telewizji, omijaliśmy ich szerokim łukiem. I należało tak trzymać. Widok wlatujących jeden po drugim samolotów w nowojorskie wieże, nie był tym co chcieliśmy zobaczyć na 5 minut przed odlotem. Skołowani, nie rozumiejąc co właściwie się stało i serdecznie żałując, że nie płyniemy statkiem, wzbiliśmy się w przestworza jednym z ostatnich samolotów, które opuściły tego dnia lotnisko. Jak dowiedzieliśmy się z prasy, lotnisko, z powodów oczywistych, w kilka godzin później zostało zamknięte.

Siedem godzin oczekiwania na samolot z Seulu do Sydney dało nam mnóstwo czasu na zorientowanie się w niejasnej dla nas dotąd sytuacji. Powód - TERRORYZM- nie mieścił nam się w głowach.
Jednym okiem wgapieni w ekran drugim, równie zdumionym, zerkaliśmy na koreańskiego pracownika lotniska. Systematycznie przemieżając salę z jednego krańca w drugi, utykał białe kartki papieru pod ławki i w inne dziwne zakamarki, dotykał nimi podłogi, po czym oglądał z niezmierną uwagą. Zupełnie zdębieliśmy! Wygląda na to, że sprawdzał w ten sposób biednego sprzątacza, który chwilę wcześniej zakończył prace - wykonał ją wystarczająco dobrze,czy też nie?! Spodziewałabym się raczej armii z wykrywaczami metali w dłoniach, a tu proszę, terror nie terror, czysto być musi!
Całe zresztą lotnisko sprawiało wrażenie oazy spokoju na wstrząśniętym wydarzeniami Świecie. Żadnych oznak paniki, w bezładzie i bez celu biegających ludzi, żolnierzy i psów wąchających wkolo. Nic z tych rzeczy, dźień jak codzień. Panie z informacji kłaniały się w pas z prześlicznym uśmiechem, przed rozpoczęciem rozmowy, kilka razy w trakcie i dogłębnie na jej zakończenie. Ludzie wałęsali się pomiędzy bezcłowymi sklepami,  kawiarenkami a my między nimi, niemalże jedyni biali na całym tym ogromnym lotnisku. Tak na marginesie - bardzo dziwne uczucie, znaleźć się tak nagle w kolorystycznej mniejszości. Prześladowało nas wrażenie, że wszyscy gapią się na nas jak sroki w gnat i nie, nie było to miłe. Warte polecenia doświadczenie, można nauczyć się większej tolerancji dla inności.

Ostatecznie, po burzliwej dyskuji i ustaleniu, ze Korea i jej linie lotnicze mają się nijak do zaistniałego konfliktu postanowiliśmy lecieć dalej. Lądowanie w Sydney, szybka i miła odprawa - witaj ziemio obiecana!

Obiecana czy nie, niewiele jak dotąd udało nam się jej zobaczyć. Zajęci moszczeniem się w nowym miejscu i wychodzeniem z poprzesiedleńczego szoku zadawalaliśmy się pięknem Sydney i okolic.
Jedynym miastem, do jakiego wybraliśmy sie na dłuższa wycieczkę była Wagga Wagga. Nie wiem czemu, ale to oświadczenie zawsze budzi śmiech i radosne zdumienie wśród australijczyków. Traktują nas chyba trochę jak zagubione dzieci, które wśród mnogości turystycznych atrakcji wybrały coś, co się do nich nie zalicza. Niemniej nam Wagga Wagga bardzo się podobała. Nieduże, ładne, schludne i bardzo australijskie miasteczko niemal pozbawione emigrantów i turystów.  Ulice czyste, budowle zadbane, doprawdy Sydney powinno wziąść przykład i trochę się posprzątać w co poniektórych, pozostawionych na łaskę losu miejscach. Zwiedziliśmy "Wagga Wagianskie" koszary wojsk australijskich, korzystając z faktu, że byliśmy gośćmi ich pracownika. Widzieliśmy nowiutkich kadetów ćwiczących na przerażających przyżądach i ganianych z lewa w prawo przez busz. Ciekawe życie, ale nie dla mnie, nie bardzo lubię biegać, o karności już nie wspominając.
Tam też zobaczyliśmy po raz pierwszy kangury na wolności i usłyszeliśmy chichrającą się w głuszy nocnej kukabarę, możnaby się przestraszyć nie wiedząc co to.

   
 
   
Iwona Krol - SYDNEY następne >
Australia na fotografii 

copyright © 2005 michal turski Australia