|
Nagle i zupelnie niespodziewanie, nadszedl czas na kolejny etap podrózy - australijski Outback.
Przygotowania do wyjazdu nie zajęły zbyt wiele czasu. Kilka przejrzanych stron internetowych, parę telefonów i bukowań - gotowe. Szkicowy plan zakładał odwiedzenie Adelaide, podróż autobusem do Coober Pedy - jeden dźień na zwiedzanie, a stamtąd, również autobusem do Alice Springs. I potem już tylko wypad w okolice Uluru na 3 lub 4 dni, wynajętym samochodem. Powrót z Alice do Sydney, wygodnie i szybko - samolotem. Taka sobie oto niedługa, przyjemna wyprawa.
Problemy zaczęły się kiedy pochwaliliśmy się znajomym. Ostrzeżenia o straszliwym upale jaki panuje w Outbacku o tej porze roku - lato, grzmiały ze wszystkich stron. Do tego bać się należy: śmiertelnie jadowitych węży czających się w trawach, much - włażących do uszu, oczu i nosa oraz moskitów - bez sprajów przeciwko i osobnych po ukąszeniach nawet nie myśleć o takiej podróży! Wysokie buty, kapelusze, kremy z najwyższymi blokadami promieniowania słonecznego - to tylko fragment długiej listy rzeczy "bez się nie obędzie". Najwięcej czasu przed wyjazdem spędziliśmy więc w sklepach. Zapowiadało się wesoło. Zaczęłam modlić się w tajemnicy o szczęśliwy powrót.
Z lekką niepewnością w sercach, czy aby dobrze robimy jadąc latem w samo piekło, wyruszyliśmy bladym rankiem na lotnisko.
Adelaide
Lot jak lot. Oboje nie znosimy latać więc nie będę się rozwodźić. Wspomnę tylko, że lot trwa 2 godziny a bilet kosztował 125Au$ za osobę. Błogosławione niech będą VirginBlue za ich ceny! Cena biletu nie obejmuje co prawda niczego do jedzenia czy też picia, ale - jeśli ktoś ma ochotę - można sobie kupić posiłek w przejezdnym barze.
Teraz trochę o kolorach. Okolice Sydney widziane z góry są zdecydowanie zielone a samo miasto gęsto poprzetykane błękitnymi zatokami. Okolice Adelaide natomiast absolutnie żółte, przynajmniej latem, a jak wszyscy możemy się spodziewać Outback będzie czerwony (trochę nowości!). Jak się później okaże z tymi kolorami, nie wszystko się zgadza.
Przygotowujemy się do lądowania, z okna widać geometryczny (krzyżowy) układ ulic. Miasto rozciąga się od Oceanu po pasmo górskie, obejmujące Adelaide pięknie od wschodu.
8.45 lądujemy, 15 minut opóźnienia, w Sydney czekaliśmy na pasażerkę lat około 16. VirginBlue chwali się w swoich materiałach że jest najbardziej punktualną linią lotniczą na świecie - tym razem się nie udało.
Lotnisko w Adeli - wielkości naszego w Katowicach, ale muszę tu powiedzieć, że kiedy wylądowaliśmy pierwszy raz w Sydney też się bardzo zdziwiliśmy - taki ładniejszy, nowocześniejszy dworzec kolejowy z większą dawką huku.
Pierwsze, co rzuca się w oczy kiedy jedziemy przez miasto to zieleń, całe Adelaide tonie w zieleni, wszędzie widać potężne klony. A zaraz potem przykuwa naszą uwagę mnogość kościołów, od malutkich po całkiem spore, jest ich pełno w pobliżu centrum.
Architektura Adelaide jest przemieszaniem nowocznesnych budynków z obiektami z początku wieku, neo gotyckimi i neo romańskimi. To dobrze robi miastu. Do tego szerokie ulice z architekturą w skali człowieka, jedynie w ścisłym centrum można spotkać wysokościowce.
Duży plus na końcie australijskiego planowania przestrzeni to zamiłowanie do wszelkiego rodzaju oaz zieleni i parków. Koncept jaki został zrealizowany w Adelaide jeszcze w IXX wieku - czyli budowa centrum miasta, które oddzielone jest od reszty szerokim pasem zieleni - sprawdzil się znakomicie. Dzielnice mieszkalne zaczynają się zaraz za tym pasem i ciągną gdzieś tam po horyzont we wszystkich kierunkach. W Adeli wszyscy chyba mieszkają w domkach jednorodzinnych z całkiem sporymi ogródkami, w ładnych zadrzewionych dzielnicach.
W Adelaide są aż 3 Uniwersytety, w tym dwa z nich mają swoje kampusy w ścisłym centrum i również dodają uroku miastu, szczególnie Adelaide University ze swymi neo gotyckimi budynkami (zdjecia >). Poza centrum znalazł swą siedzibę Flinders University, z własnymi sklepikami i autobusem kursującym po kampusie (jest tak rozległy).
Adelaide ma też swój punkt widokowy w górach - Mt Loftus. Wybraliśmy się tam oczywiście, obejrzeć raz jeszcze panoramę miasta, już bez stresu jaki nam towarzyszył w czasie lotu. Różnica temperatur jest zaskakująca, na dole w mieście niesamowity upał, na górze zakładamy sweterki - bo chłodno!!! Zobaczyliśmy tam to, czego nie zuważyliśmy wcześniej z samolotu - piaskowe plaże ciągną się wokół całego wybrzeża. Wyraźnie widać żółty pas stykający się z Oceanem, właściwie jest to jedna wielka plaża pomiędzy miastem a wodą.
Dodatkową atrakcją Adelaide jest dzielnica, którą nazwałabym kurortem, bo taki mniej więcej ma charakter. Niby część tego samego miasta a jednak inny świat. Wsiadasz w tramwaj w centrum, zaraz po pracy i w kilkanaście minut jesteś na wakacjach. Kolorowe, słodkie uliczki, knajpki, bary, deptaki, plaża, no i molo, nie takie ładne jak sopockie ale całość sprawia podobne wrażenie. Miasto jak Raj - mamy tu chłodne góry, ciepłe centrum Adelaide do pracy i kurort dla popołudniowego odpoczynku. Większość australijskich miast składa się z takich właśnie puzzelków. Może jedynie góry nie wszędzie są tak blisko.
Ludzie w Adeli wydają się być jacyś inni, na pierwszy rzut oka bardziej naturalni, bez nadmiernej uprzejmości. Na drugi rzut, mają latwiejszy do zrozumienia akcent (czy to możliwe???). A trzeciego nie było - musielibyśmy tu zamieszkać.
Generalnie miasto, ładne, zielone i wizualnie przyjazne, zrobiło na nas duże wrażenie. Adelaide jest zdecydowanie bliższa naszym dawnym wyobrażeniom o tym jak wyglądają miasta w Australii niż Sydney, co wcale nie oznacza, że to ostatnie nie jest pięknym miastem.
To tyle na temat Adeli, myślę że fotki trochę przybliżą jak to naprawdę wygląda. CDN >>
|