Reportaże
"..na środek Australii"
Adelaide
Coober Pedy
Darwin
Kakadu National Park
 
15.12.2004

Kolejne odcinki

> Punkt startowy >
> Odcinek II >
> Coober Pedy >
> Coober Pedy II >
 

Adelaide do Coober Pedy

Bilety na autobus z Adelaide do Alice Springs wykupiliśmy jeszcze w Sydney. Mieliśmy szczęście trafić na promocje i bilet był o połowę tańszy ($Au99 od osoby) niż zwykle.

Mniej więcej w połowie trasy pomiędzy Adelaide a Alice znajduje się Coober Pedy. Tam planowaliśmy wysiąść, spędzić jeden dzień i następnego poranka wsiąść do autobusu jadącego dalej. Wydawało nam się, że można tak zrobić używając jednego biletu na całą trase. I tu mała pułapka. W rezerwacji internetowej nie ma opcji, która nas interesowała. Bilet można zarezerwować z Adeli do Alice ale nie da się zaznaczyć chęci wysiadania po drodze i wsiadania w kolejny autobus. Można natomiast wykupić osobny bilet z Adelaide do Coober i dodatkowy z Coober do Alice. Niestety, cena jednego takiego biletu to rownież $Au99, za całą trasę musielibyśmy zapłacić więc podwójnie.

Nie lubię rezygnować z oszczędności tak łatwo, złapałam więc za telefon i okazało się, że nie ma problemu! Rezerwując bilet przez telefon można ustalić dodatkowe szczegóły podróży. Krótka rozmowa z miłą panią i bilet na całą trasę wykupiony za owe magiczne $99. Możemy wysiąść w Coober i wsiąść w autobus do Alice kiedy chcemy, należy jedynie zdecydować się i podać datę. Czy to nie piękne? Polecam możliwości rezerwacji sprawdzać podwójnie!

Tak więc jedziemy. Odległość około 700KM. Greyhound wyjeżdźa o 18.30 z Adelaide, jest nagrzany jak piekarnik a klimatyzacja coś nie bardzo się rozkręca. Ależ ukrop! Pasażerowie to w większości turyści w wieku studenckim i kilka osób wyglądających na miejscowe. Autobus w Australii należy chyba do najtańszej formy transportu. Nasz to Scania, dość stara, pewnie dlatego klimatyzacja nie działa jak należy.
Ja kichająca i zakatarzona. Na śmierć zapomniałam o swoim uczuleniu na kocią sierść i beztrosko spędziłam kilka dni i nocy u naszych przemiłych adelajdzkich gospodarzy pomimo, że były tam koty. Przypomniałam sobie jak silna jest moja reakcja uczuleniowa, kiedy zasypiając tam pierwszej nocy, poczułam drapanie w gardle. Zaraz potem zaczęły się małe kłopoty z oddychaniem. Postanowiłam zignorować, nie chciało mi się już zwlekać z lóżka i przenosić do hotelu. Zasypiałam z nadzieją, że nie zacznę się w nocy dusić. No i udało się! Dzięki Bogu, zabawa z wzywaniem karetki w środku nocy nie byłaby wesoła i byłby to pewnie koniec naszej podróży. Na szczęście skończyło się na kichaniu, męczące ale do zniesienia. Nie wiem co prawda jak znośili to współpasażerowie w autobusie - mam nadzieję, że nie kichalam im przez sen.
Zanim zasneliśmy, syciliśmy oczy pięknem wokóładelajdzkiej równiny. Słońce było już nisko więc kolory nabrały tego specyficznego, wieczornego natężenia - skontrastowane do granic. Obłędne żółcie i ugry, piękne pastelowe zielenie w przeróżnych odcieniach - coś fantastycznego! Zdecydowana przewaga zółci, zdaje się jakieś zboża. Zupełne pustkowie, gdzieniegdzie tylko malenki domek wyrasta znienacka i sporo czasu mija zanim uda się zobaczyć następny. Pojawiają się też czasami wyschnięte jeziorka. Żółto, żółto i nagle - spora połać ziemi na której nic nie rośnie, kształtem przypomina jezioro - ale wody nie widać. Kolor ziemi w tym miejscu jest dziwnie wybielony, wygląda to trochę jak rozsypana sól na pomarańczowej ziemi. Jest prawie całkiem biało.
Pomiędzy jaskrawymi żółciami gdzieniegdzie widać już też plamy ciemnej czerwieni - czerwona ziemia! Nie możemy już doczekać się pustyni.
Jest ciasno, gorąco i niewygodnie, ale za to jak pięknie! Warto się pomęczyć żeby poobserwować ferię australijskich barw.

Coober Pedy

Jesteśmy w Coober Pedy, 5 rano. Na potencjalnych turystów czeka już minibus z ofertą noclegu, jak się później okazało z najtańszą w miasteczku ale całkiem przyzwoitą jeśli chodzi o warunki i dodatkowe atrakcje. Hotel a właściwie Backpackers ma pokoje wykute w skale 10m pod ziemia. Są pokoje dwuosobowe i sala wspólna, czyli długi korytarz z bocznymi jaskiniami, w których stoją piętrowe łóżka.

( Na zdjęciu Gary właściciel i kilka fotek prezentujących pokoje dwu osobowe i wielosobowe od 40A$ do 100A$ za noc). Poziom górny czyli naziemny oferuje pralnie $Au3 za użycie pralki i tyle samo za automatyczną suszarke. Jest i łazienka z prysznicami, bar z alkoholami i wykuty w skale sklepik, w którym można kupić opale i pamiątki.

My maszerujemy do hotelu naprzeciw terminala autobusowego, gdzie zarezerwowaliśmy pokój. Jest 5.15, osobiście o niczym innym nie marzę jak walnąć się do hotelowego łóżka. A tu niespodzianka - hotel nasz otwierają dopiero o 6.30. Mamy więc godzinę siedzenia na krawężniku przed sobą.
Michał co prawda wspominał, robiąc rezerwacje z Sydney, o tej niedogodności, ale jakoś zajęta doborem odpowiedniego kapelusza na wyprawę - nie zwróciłam uwagi. Teraz szlag mnie trafia. Dawno mogliśmy już leżeć w łóżku, korzystając z oferty backpakersa! Tym bardziej, że owszem, zarezerwowaliśmy, ale nic jeszcze nie płaciliśmy. Niestety, trochę za późno na takie konkluzje.

Powiedzenie o psie z kulawą nogą przychodzi mi na myśl kiedy wspominam tą długą godzinę. Żywej duszy na ulicy nie widać, miasteczko wygląda na zupełnie wymarłe i przez swą pustynną prostote - trochę groźnie. Pies za to i owszem, pojawił się, na szczeście w pewnym oddaleniu. Powąchał, powąchał i pobiegł w nieznane, i dobrze, bo juz zaczynałam się robić nerwowa. Czego jak czego, ale spotkania twarzą w twarz z cooberpidianskim, bezpańskim psem nie życzyłam sobie na powitanie.
Za nasze krawężnikowe cierpienia - nagroda, wschód słońca nad Coober Pedy. Pierwszy nasz wschód słońca obserwowany w Australii (gdyż niczego tak sobie nie cenimy jak długie spanko). Michał latał jak wariat cykając zdjęcia i szukając elementów krajobrazu, które mogłyby mu posłużyć za statyw ( kolejna nieodzowna "część" aparatu,  którą muuuuusimy kupić). Nie dziwie mu się zresztą, sama bym polatała i pocykała, bo pięknie się zrobiło, ale jakoś tak nie chciało mi się ruszać, chyba nie ta pora.

6.30 - nadeszła wyczekana godzina. Podwoje hotelowe otwarto, zarezerwowany pokój czeka. Uiszczamy opłate z góry i wleczemy się do pokoju. Pokoik z tych raczej obskurnych i duszno jak diabli, włączamy huczącą klimatyzacje i zwalamy się na łóżko.
Po kilku godzinach snu wyruszamy na podbój Coober Pedy - światowej stolicy Opala. Ta stolica ma jedną główną ulice przysypaną piaskiem a krawężniki okupują Aborygeni, nie zwaracając uwagi na przechodniów, czyli nas, bo ciągle nikogo więcej nie widać.

Miasteczko owo, Coober Pedy, pokochaliśmy od pierwszego wejrzenia. Puste, proste, absolutnie australijskie pustynne miasto. Żadnych turystycznych upiększeń i XXI wiecznych udogodnień. Sama natura, z lekka tylko i miejscami zwalczona. Pustka i gorąc, prostota i piach, jednym słowem samo piękno!

W prowadzonym przez miejscowa rodzine supermarkecie zaopatrzyliśmy się w wodę mineralną. Jak nas ostrzegano, 3 litry wody na głowę na dzień to minimum. Rada warta posłuchania, wodę w tych letnich australijskich upałach wlewa się w siebie bez opamiętania, 3 litry dziennie może być za mało.
W samo południe - kapelusze na głowach, butelki w dłoniach - ruszyliśmy na podbój Cobber Pedy.

   
zdjecia z Coober Pedy >>>
   
Iwona Krol - SYDNEY następne >
Australia na fotografii 

copyright © 2005 michal turski Australia