Reportaże
"..na środek Australii"
Adelaide
Coober Pedy
Darwin
Kakadu National Park
 
15.12.2005

Kolejne odcinki

> Punkt startowy >
> Odcinek II >
> Coober Pedy >
> Coober Pedy II >
 

Coober Pedy

O godzinie 13.00 z Backpakersa, o którym wspominaliśmy wcześniej, wyjeżdżamy minibusem na wycieczkę po okolicznych atrakcjach ($30AU za osobę). I tu zaczyna się to, co w całej naszej podróży okazało się najciekawsze. Cobber Pedy, miasteczko-dziwoląg z barwną historia wywołana gorączka opala.
(W Australii wydobywa się 97% opali na świecie, a takich miejsc jak Coober Pedy jest trzy, z czego Coober uznane jest za najzacniejsze.)

W mieście nie widać nawet skrawka zieleni! Ku naszemu zaskoczeniu, wszechobecny piach nie jest czerwony a jasno-żółty, prawie biały.
Zjeżdżamy z głównej drogi wprost w tutejsze dzielnice mieszkalne. Na razie widać tylko coś jakby pustynie i wyrastające gdzieniegdzie z ziemi wielkie skaliska - a gdzie domy? "A domy wydrążone są właśnie w tych skałach" odpowiada nasz przewodnik i zarazem kierowca.

Słyszeliśmy wcześniej o tym, że ludzie mieszkają tu w skalnych domach - ale to co zobaczyliśmy, przekroczyło nasze wszelkie, mgliste wyobrażenia. Można spokojnie nakręcić tu nową filmową wersje "Między nami jaskiniowcami" - plan filmowy czeka. Widok jest tak daleki od znanej nam miejskiej rzeczywistości, że przez jakiś czas myśleliśmy, iż to taki teatrzyk dla turystów. Okazuje się jednak, że tam naprawdę mieszkają ludzie, zwykle górnicy.
Drążą ziemie a właściwie skały w poszukiwaniu opali i to co wydrążone zamieniają na mieszkania. Wokół swej skalnej posiadłości sadzą kaktusy lub co tam jest w stanie rosnąć na tej pustynnej ziemi. W skalne ściany powstawiane okna i drzwi, przed domami samochody, gdzieniegdzie suszy się pranie. Nie widać ludzi na podwórkach, pewnie chowają się przed upałem w chłodzie podziemnych domów. Wszystkie płoty wokół posiadłości takie same - usypane z piasku i drobnych kamieni wały - prawdopodobnie resztki tego co wydrążono ze skały w czasie poszukiwania opali. Krajobraz niesamowity! Jest i jedna posiadłość na sprzedaż $130 000Au (gdyby ktoś chciał się zaraz osiedlać).

Całe Cobber Pedy liczy około 3000 mieszkańców z czego w okresie letnim opuszcza miasteczko jakieś 1000 osób a to z powodu upałów, które dochodzą do 40stu kilku stopni. Górnicy zwykle w tym okresie roku nie pracują, ewentualnie co bardziej napaleni kopia w nocy.
Nasz przewodnik, który mieszka w Coober od 14 lat, mówi że z samego kopania utrzymuje się tylko 30% mieszkańców, pozostałe 70% musi podejmować się dodatkowych zajęć, tak jak on.
Steven, nasz przewodnik (na zdjeciu), przyjechał tu na tydzień wakacji, które zamienily się w 14 lat stałego pobytu. Rok temu wykopał własną dziurę - nie pierwszą oczywiście - co można robić za darmo (jest jakieś ograniczenie co do głębokości i szerokości owego dziurska) i znalazł jednego opala. Wedlug sztuki opalniczej może to znaczyć że jest ich więcej w pobliżu, ale nie jest to niestety reguła. Wowczas wykupuje się licencje na jeden rok ($70Au) i można w tym miejscu dalej kopać, nie znamy szczegółów jak duża połać ziemi przypada pod tą licencje na kopanie.

Steven wziął kredyt na maszyny i kopał przez 9 miesięcy ale nic więcej nie znalazł. Pieniądze się skończyly i musiał wrócić do pracy przewodnika, z której notabene zbiera na dalszą możliwość kopania. Steven jest z wykształcenia inżynierem mechaniki i pomaga okolicznym górnikom budować największe na świecie, jak to nazywa, odkurzacze (kolejne źródło utrzymania). Są to stare ciężarówki z dołączonym dodatkowym silnikiem diesla i gumową rurą, którą wtyka sie w wydrążoną wcześniej za pomocą dynamitu, czy innych środków wybuchowych dziure (zwykle głębokości 10cio piętrowego budynku). Przez wetkniętą w dziure gumową rurę, wysysa się na powierzchnie rozdrobnione wybuchem drobinki skały, piachu i ewentualnych opali. Z owej rury usypuje się na boczku spora kupka.
Cała okolica wokół Coober Pedy to tysiące większych i mniejszych pagórków, ślady po starych poszukiwaniach i nowe usypiska gotowe do szukania w nich opali. Okolica wygląda jak jedno wielkie kretowisko.

Górnicy zwykle wysadzaniem i odsysaniem zajmują się w ciągu tygodnia, a w weekendy, czy ewentualne wakacje, pozostałą część rodziny (włączając w to dzieci), przychodzi na teren wykopalisk i pomaga w przegrzebywaniu kupek i poszukiwaniu opali. Kawałek opala odpowiedniego koloru i wielkości ( z tego co pokazywał Steven wielkość kciukowego paznokcia) jest wart $Au 20 000. Warto pogrzebać.


Mieliśmy też tą możliwość. Dla nas, turystów, udostępniono fragment sporego usypiska do przegrzebania - co znajdziemy to nasze. Nikt z nas niestety nic nie znalazł, choć ja wzorując się na znanej mi teorii "szczęścia początkującego", z całego serca wierzyłam, że coś znajdę. Mam też niejasne podejrzenie, że nie znalazłam tylko dlatego, iż owa kupka została już sprytnie wcześniej przekopana w lewo i prawo!!! Aczkolwiek nie jestem pewna, bowiem Steven zdecydowanie drżał, kiedy podchodziłam do niego ze swymi grudkami w dłoniach dla oceny, czy to swiecące to opal, czy nie opal.
Grzebaliśmy jedyne 15 minut. Po pierwsze straszna praca w tym upale, po drugie pomimo potu lejącego się strugami wciąga od razu jak diabli. Nie wiem czy wszystkich ale mnie tak. "Jeszcze tylko 5 minutek i może się udać" - złapała mnie gorączka opala, dusza hazardzisty i wiara w bycie urodzoną szczęściarą wzieły góre nad zdrowym rozsądkiem. Z żalem wsiadałam do minibusa, chciwie spoglądając w kierunku opuszczonego wykopaliska. Po 5 minutach w chłodzie busika doszłam do siebie, no OK, nie zostanę poszukiwaczką opali. Michał, jako nie wierzący w coś takiego jak lut szczęścia, nie pochylił się raz nawet nad ziemią.

Niesprawiedliwością byłoby jednak porownywać kopiących w poszukiwaniu opali do graczy w Totka. To ciężka, żmudna praca. Nie ma w Coober Pedy żadnej firmy czy korporacji górniczej zajmującej się poszukiwaniem opali i zatrudniającej ludzi. Każdy kopie na własną rękę. Firmy i połacie ziemi pod kopanie należą do pojedynczych rodzin, jak już wspominałam wszyscy włączając dzieci angażują się w poszukiwania. Kopać wolno tylko 20 godzin tygodniowo (nie mam pojęcia skąd to ograniczenie?) jest więc czas na dodatkowy zarobek, choć niektórzy kopią równe 20, inni 25 a co poniektórzy 100 godzin w tygodniu. Zaciąganie pożyczek z banku, harówka w poszukiwaniu opali aby ową pożyczkę spłacić i coś jeszcze zarobić, potem nowa pożyczka i tak w kółko.
Niektórzy spędzają tu całe życie, inni wyjeżdzają po kilku latach rozczarowani brakiem szczęścia. Z obserwacji Stevena wynika, że ci, którym udało się szybko wzbogacić bogacą się w dobrym tempie dalej. Pozostali kręcą się w kółko pomiędzy kredytami a ich spłatą, wiodąc skromne życie. (Zasada dotycząca zresztą całego Świata, nie tylko Coober Pedy.) Jest też parę historii o wielkich wykopanych fortunach - to one pewnie podtrzymują wiarę w kopiących, że w koncu musi się udać.

Pomijając "gorączke opala" życie toczy się tu jak wszędzie. Ludzie pracują w sklepach, na poczcie, prowadzą własne restauracje, zakłady naprawcze, co poniektórzy pracują w szkołach. Jest bowiem w Coober Pedy podstawówka, szkoła średnia a nawet TAFE (odpowiednik polskiej szkoły pomaturalnej, niezwykle popularny wśród młodzieży australijskiej). Szkoła średnia za otrzymaną dotacje założyła stacje radiową prowadzoną teraz przez uczniów - jest to jedyna stacja radiowa w mieście.
Jest też sporo kościółków różnych wyznań, gdyż mieszkańcy to emigrańcy ze wszystkich stron świata. Są tu reprezentańci 50ciu różnych narodowości, wiele z nich ma swoje kluby a dla świeżo przybyłych obcokrajowców prowadzone są kursy języka angielskiego. Nie brakuje w Coober Australijczyków, jest i jedna polska rodzina. Nie mieliśmy okazji jej poznać, ale widzieliśmy ich posiadłość, oprócz kopania opali, zajmują się prowadzeniem sporych rozmiarów zakładu naprawy samochodów.
Wiekszość wspomnianych kościółków jest również wykuta w skałach, są malutkie i tchnące mistycyzmem - "szopka betlejemska" wygląda tam fantastycznie. I ten cooberpidianski cmentarz, pomimo że nie jest wykuty w skale, ale równie surowy jak reszta miasta - robi niesamowite wrażenie. 

Miasto ma swoją własną elektrownie spalinową. Jako, że nie jest to najnowszy cud techniki, okresowe braki w dostawie prądu stały się dla mieszkańców czymś normalnym. Jest i jeden wiatrak dostarczający prąd do kilkudziesięciu z podziemnych domów.
To co interesowało nas najbardziej, skąd biorą tu wodę, okazało się kolejną ciekawostką. Milony lat temu na dzisiejszej pustyni znajdował się Ocean. Ocean zniknął, czy też się cofnął, ale jego resztki odkryto w podziemnych, swego rodzaju zbiornikach. Prehistoryczną, słoną wodę oczyszcza się i odsala, w nowej odświeżonej postaci dostarczając na użytek mieszkańców. O wodę nikt więc się tu nie martwi, jest jej ponoć dosyć. Nie wiem ile w tym prawdy, być może woda pod ziemią to deszczówka, tutaj o dziwo też czasami pada.
Nie ma problemów z wodą, jest więc i basen. Tym co jednak powaliło nas z nóg, to prowadzone przez mieszkańców - pole golfowe! A tak, rozległe, dobrze utrzymane, ma swe chorągiewki przy dziurkach, pagórki i płaskie przestrzenie. W budowie siedziba klubu golfowego, oczywiście w skale. Przy wjeździe na pole golfowe tablica „Keep out of the grass", dobry dowcip, czegoś takiego jak trawa na owym polu golfowym nie uświadczysz. Pole, rzecz jasna, jest w 100 procentach piaskowe! Konkretnie rzecz ujmując, to fragment pustyni. Nie wiem czy istnieje gdzieś jeszcze na Ziemi inne - pustynne pole golfowe.
Na nasze pytanie, kiedy i czy w ogole ktoś gra na tym polu, mieliśmy na myśli utrudniające sprawe niesamowite upały, Steven odpowiada, że „tak oczywiście, grają - zwykle w niedziele". Jak tak się chwile zastanowić, faktem jest, ze golf nie wymaga tyle wysiłku fizycznego co taka np. koszykówka, czy też... kopanie w pełnym słońcu opali. Pytanie okazało się więc być conajmniej głupkowate. Niemniej sam Steven pokazywał nam owo pole jako zabawna ciekawostkę.

Jedziemy dalej, do Henriego Krokodyla - chyba najbarwniejsza osobowość miasteczka - tak przynajmniej twierdzi Steven.

Henry pojawił się w Coober Pedy 30 lat temu, po tym jak zabroniono polować na krokodyle. To było jego pierwsze zajęcie, polował i sprzedawał skóry. Ma w swoim domu gablotkę zdjęć z 4 meterowymi gadami i sobą samym w różnych ujęciach. Krokodyl pod stopą, głowa Henriego przy olbrzymiej rozwartej paszczy i inne takie - Henry wygląda na nich jak Tarzan.
Emigrant z Litwy, dziś już wiekowy, mieszka w domu wydrążonym w skale własnymi rękami. Sama posiadłość wystąpiła bodajże w MadMaxie i paru innych kręconych tu filmach, dziś jest atrakcją turystyczną. Wstęp do mieszkania kosztuje $Au2. Jest okazja zobaczyć jak - wewnątrz - wyglądają wykute w skałach domostwa.
Henriego zastajemy w lóżku, to znaczy część grupki zapuściła się w kącik sypialniany i uciekła spłoszona. Steven mówi, że nic nie szkodzi, Henry pewnie zaraz wstanie albo i nie, możemy spokojnie włóczyć się po mieszkaniu dalej, włączając w to sypialnie - hm{?}. 

Henry ostatnio niedomaga z powodu nadużywania alkoholu. Steven twierdzi, ze Henry chce się zapić na śmierć - na kopanie nie ma już siły, jest samotny i zmęczony. Przykra sprawa.
Henry, który pojawia się wkrótce w pełnej swej krasie, nie wygląda na nieszcześliwego. Ma pełną dobroci, pomarszczoną twarz i uśmiecha się cały czas, wygląda raczej na nieźle ubawionego. Nie przypomina już natomiast Tarzana, jest malutkim powolutku ruszającym się siwym staruszkiem. Nie widać żadnego podobieństwa do młodego, muskularnego, długowłosego blondyna ze zdjęć. Wierzymy na słowo, że to ta sama osoba.
Ciekawa historia swoją drogą, polowania na krokodyle, potem pogoń za opalem a teraz Henry pokazuje sam siebie jako ciekawostkę turystyczną! Muszę przyznać - bardzo lubie takich ludzi!
Domostwo wydrążone w skale jest całkiem przyjemne, chłodno i zaskakująco jasno, jest bowiem parę okien i drzwi otwarte na oscierz. Pytamy co zima, czy tu czasem nie robi sie zbyt zimno i mokro. Henry chichocze i kręci przecząco głową. "Zamykam okna i drzwi, włączam grzejnik elektryczny, ciepło jak w raju" - wyjaśnia. Do tego nagrzane w ciągu dnia słońcem skały, oddają ciepło do środka nocą. Jakie to proste!
Henry upiększa skalne sciany pokoi różnego rodzaju trofeami. Nie widzę krokodylich skór, ale za to sporą ilość damskich staniczków i majteczek zwisających tu i ówdzie. Jest też wmontowana w sciane beczka z winem - aby wino było chłodne - a same sciany pokryte lepszej i gorszej jakości malunkami.
Kończąc zwiedzanie salonów Henrego, cykamy portrecik i jedziemy na pustynie Breakaways.

Po drodze Steven, nawiązując do Henriego, wyjaśnia nam, że za to właśnie kocha najbardziej Coober - jest tu miejsce dla każdego „wariata". Nikt cię nie będzie oceniał krytykował. Dopóki jesteś uczciwy, możesz mieszkać tu wierząc w co chcesz i robiąc co chcesz. Niech jednak Bóg broni okradać czyjąś kopalnie, to podstawowe prawo w Coober - trzymaj się z dala od nie swoich opali! Nie wyjaśnił co czeka ewentualnego złodzieja, ale brzmiało to groźnie. Generalnie ludzie trzymają się tu razem, dodaje i dbają o swoje wzajemne interesy.
Pare lat temu Woolworths (jedna z największych w Australii sieć supermarketów) próbował otworzyć w mieście swój sklep. Nie spodobało się to mieszkańcom, bo mają tu sklepy i supermarket prowadzone przez miejscowe, górnicze rodziny - taki Woolworths byłby je wykończył. "Nie chcemy was tu" powiedziała społeczność i supermarketu nie otworzono. Zapytałam jak to możliwe. Steven na to, że nie wie, ale legenda głosi, że przedstawicieli kolosa poinformowano, iż czego jak czego ale materiałów wybuchowych jest w miasteczku dostatek i tyle ich tu widziano. No tak.

Coober Pedy ma również, oprócz opalowej, drugą sławę, filmową. W miasteczku i na pobliskiej pustyni zostało nakręconych kilkanaście filmów w tym kilka głośnych. Rozpoczęto tu między innymi ujęcia do „Gwiezdnych Wojen", niestety spadł deszcz, wyrosła trawa i plan firmowy został przeniesiony do Afryki.
Jak można się domyślać, kręcenie filmu to ważne wydarzenie w życiu miasteczka. Wielu spośród mieszkańców skwapliwie zbiera nieużyteczne już eksponaty z planu filmowego. Byliśmy na podworzu jednego z takich zbieraczy, można bylo sobie podotykać pozostałości po eksponatach z "Odysei kosmicznej", za kompletna darmochę.
Zupełnie nas nie dziwi ogromny zapał filmowców do kręcenia filmów właśnie tutaj, szczególnie tych o odległej ziemskiej przyszłości, jak "Mad Max", czy tych, których akcja dzieje się gdzieś tam na innych planetach. My też poczuliśmy się jak na obcej planecie. Pustynia rzeczywiście przepiękna i ogromna, poutykana w gdzieniegdzie sterczące cycki z białego wapienia i żółtego piaskowca. Kolorystyka pustyni nas zaskakuje, tak samo jak w mieście - nie ma tu czerwieni. Piach jest żółtawo-pomarańczowawy, absolutna pustka we wszystkich kierunkach - ależ pięknie!
Temperartura z 40ści parę stopni, jest jak w bardzo rozgrzanym piekarniku, tak przynajmiej wyobrażamy sobie to uczucie. Wiekszość czasu spędzamy na szczęście w klimatyzowanym busie, co jakiś czas tylko wyskakując na kilkanaście minut na piasek, dłużej ciężko wytrzymać.
Gdzieś tak w połowie drogi Steven pyta czy aby wszyscy mają ciągle jeszcze zapas wody, jeśli nie, ma przygotowany na tą okoliczność spory baniak, każdy może pić do woli. Trzeba pić przypomina, i to dużo!

Ostatni przystanek, przy najdłuższym na Ziemi płocie. Płotek, zwany "Dingo Fence" ma, bagatela około 5400km długości i jest zabezpieczeniem zachodniej Australii przed dzikimi psami Dingo a dokładnie broni im dostępu do ogromnych hodowli owiec i bydła. Widok robi niezłe wrażenie, choć rzecz jasna widzimy zaledwie skromny kawałek tej siatki.
Właśnie odkryłam, że w ramach Sydnejskiego Festiwalu, daje koncert para muzyków, która owe siatki potraktowała jako natchnienie. Jest takich długich siatek w Australii bowiem kilka. Wspomniana parą spędziła dwa lata podróżując wzdłuż płotów, robiąc zdjęcia i spisując historie ludzi którzy o nie dbają. Jako muzycy nie omieszkali nagrać dzwięków jakie wydają siatki gdy "gra na nich wiatr". Teraz jest w Sydney wystawa tego co zebrali, będą również koncerty. Para muzyków grająca na żywo a jako podkład - nagrane dzwięki siatek, traktowane jako dodatkowy instrument. Fantastyczny pomysł, nie omieszkamy się wybrać.

Wycieczka dobiega końca, w sumie trwała około 4 godzin. Wycieczkowiczów było niewielu, jedna Kanadyjka, rodzina czteroosobowa z Niemiec, jeden Australijczyk i dwoje Polaków (czyli my). Lato nie jest zbyt dobre na podróżowanie po środku Australii, nie tylko ze względu na wysoka temperature ale również na deszcze. Pustynia Breakaways jest zwykle w tym okresie niedostępna, droga zamienia się w rzekę. Nam jakoś udało się zdążyć przed ulewą.

Opuszczamy busa w dziwnym stanie ducha, niewiele mówiąc idziemy coś zjeść do greckiej restauracji. Restauracja w stylu późnego komunizmu, nienajciekawiej, ale jakoś nam to nie przeszkadza. Zastanawiamy się cichutko ile opali wykopała jak dotąd prowadząca ją rodzina.
Długo patrzymy na siebie w milczeniu... i w końcu równocześnie wybuchamy. Zostańmy tutaj! Nigdzie już nie jedziemy! Możemy kopać opale, uczyć w szkole, lub robić cokolwiek, ale zostańmy, zostańmy w miejscu pełnym przyjaznych wariatów! Mamy dziwne uczucie, że znaleźliśmy dla siebie dom. Jest coś w tym miasteczku, co sprawiło, że zaczeliśmy, niezależnie od siebie, knuć pomysły na zostanie i przetrwanie.
Ostatecznie nie zostaliśmy, racjonalizm wziął góre nad tęsknotami serca. Dzisiaj myśle, że to chyba lepiej.

Wieczór spędzamy w backpakerskim wykutym w skale pubie, zaznajamiając się z Garym-właścicielem i jego wspólniczką-francuzką. Oni też wszystko co zarobią w swoim hotelu ładują w dalsze poszukiwanie opali. Mają wspomniany wcześniej ładny sklepik z opalami ale czy sami je wykopali, czy kupili, nie wiemy. Dowiadujemy sie za to, że dla mieszkańców backpakersa zorganizowano bezpłatną wypożyczalnie filmów video. Można tu obejrzeć wszystkie filmy jakie nakręcono w okolicach Coober Pedy, od tych znanych po te o których nikt chyba nie słyszał.
Szkoda że jest tak późo, chętnie obejrzelibyśmy dzisiaj "Mad Maxa", lub „Priscilla, krolowa pustyni" porównując plenery filmowe z tym co zobaczyliśmy dzisiaj na żywo. Zamiast tego żegnamy sie z żalem, musimy już zmykać. Jutro mamy przecież autobus o 5 rano - jedziemy do AliceSprings!

   
zdjecia z Coober Pedy >>>
   
Iwona Krol - SYDNEY  
Australia na fotografii 

copyright © 2005 michal turski Australia