|
Minął właśnie rok od naszej ostatniej wyprawy do spalonej słońcem, wysuszonej "na pieprz" centralnej Australii. Dla kontrastu, postanowiliśmy wybrać się tym razem, w zlewaną w tym okresie roku deszczami, północną część kontynentu - rejon zwany Top End. W planie, zwiedzenie Darwin - stolicy Terytorium Północnego i Parku Narodowego Kakadu, który znajduje się na liście światowego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego UNESCO.
Spośród wielu interesujących miejsc w Australii trudno wybrać to jedno - warte zobaczenia. W północnej, tropikalnej Australii intrygująca wydawała nam się pora deszczowa (od listopada do kwietnia spada tu około 1,5m deszczu) a pikanterii wyprawie dodawał fakt, że tereny te zamieszkują niezwykłe gady - krokodyle.
Jest wiele sposobów na dostanie się z Sydney do Darwin - ciekawie zapowiadała się podróż pociągiem. Sławny Ghan, wyjeżdża z Adelaide dwa razy w tygodniu i pędzi środkiem Australii, zatrzymując się tylko w Alice Springs, aż do Darwin. Większość trasy prowadzi przez pustynie a ostatni fragment lini, pomiędzy Alice Springs a Darwin oddany został do użytku zaledwie w zeszłym roku.
Podróż ta jednak trwa dwa dni - do przejechania 4000km - i jest dość kosztowna, postanowiliśmy więc skorzystać z tańszej i szybszej formy transportu - samolotu. Dodatkowym plusem tej formy podróżowania, jest okazja do zobaczenia Sydney z przestworzy, co serdecznie polecam. Widok niezmiennie zaskakuje swym urokiem, bez względu na to, ile razy już się go widziało. Można, z wrażenia, zapomnieć nawet na chwilę, że człowiek nie był stworzony do latania w związku z czym - nie bardzo lubi.
Zabrakło podobnych doznań nad Darwin, gdyż przylecieliśmy ciemną nocą, ale coś mi się wydaje, ze najpiękniejsze nawet widoki, nie przebiłyby tego, co na nas czekało na dole.
Niemal bezgłośnie otworzyły się szklane drzwi, wypuszczając nas z klimatyzowanych budynków lotniska wprost w niewidoczną ścianę wilgotnego, gorącego powietrza. Wyraźnie czuło się wokół mokrą, ciepłą zawiesinę. Nigdy wcześniej nie dotykałam powietrza! Tak właśnie wyobrażam sobie pobyt w saunie a warto nadmienić, że było już po północy. Nogi ugięły się pod nami na myśl, co czeka nas o poranku.
To drugi z uroków pory deszczowej, wilgotność powietrza przekracza 80 a nawet 90%, temperatura w dzień waha się od 32 do 40C, w nocy zwykle nie spada poniżej 26C. Noc przynosi ciału pewne wytchnienie, w dzień - ta niezwykła mieszanka temperatury i wilgoci sprawia, że całe ciało zlewa się potem przy najmniejszym nawet ruchu a właściwie i przy jego braku. To jak chodzenie w podgrzanej zupie, ciepło, mokro i lepko. Tak do końca nie wiadomo, czy skóra zroszona jest wodą zebraną na jej powierzchni z powietrza, czy to raczej pot. Pewnie mieszanina obu.
Rozpoczęliśmy etap badawczy naszej podróży - należy obserwować zachowania tubylców aby jak najszybciej zrozumieć, co robić, by przetrwać. Wynikło z nich niezbicie, że nie należy z niczym się spieszyć, ruszać się wolno i niemrawie, nie ekscytować się nadmiernie albo przynajmniej tego nie okazywać. Kierowcy autobusu, pół godziny zajęło sprzedanie biletów i zapakowanie bagaży siedmiu osobom, które grzecznie i bez oznak zniecierpliwienia czekały by wreszcie gdzieś pojechać.
Nie spieszył się zbytnio i portier wyrwany przez nas ze snu, co nam zresztą szczególnie nie przeszkadzało. Zajęci byliśmy bowiem kontemplowaniem otoczenia. Schronisko młodzieżowe w którym zarezerwowaliśmy noclegi okazało się urokliwie otoczone przez palmy, połyskiwała woda w basenie, księżyc przyświecał, piękne zapachy i dziwne odgłosy rozchodziły się wokół, jak niewiele trzeba by poczuć się szczęśliwym. I do tego ten niesamowity, dziwny upał - ciągle nas ekscytował.
Jednak kiedy okazało się, że w naszym pokoju nie działa klimatyzacja, niejasny niepokój pojawił się w miejsce ekscytacji. Najpierw zamarzałam w samolocie, teraz będę się gotować we własnym pocie przez całą noc? Na wolnym ogniu?! Oczywiście, że to ma swój urok i ze po to tu wlasnie przyjechaliśmy. Żeby się gotować - danie z mrożonki w sosie własnym dobra rzecz. Ale czy nie moglibyśmy zostawić przyzwyczajania się do tropikalnego klimatu do jutra? Kiedy się wyśpię i nabiorę sił? W schronisku było tak duszno, że już lepiej byłoby spać na dworze. Z drugiej jednak strony na dworze czekał na nas nie tylko upał ale i moskity. Nasze szeptane rozważania przerwał bas portiera.
- No, nie chce działać i już, chyba dam wam inny pokój.
Miły człowiek.
Poranek nie przyniósł szczególnych zmian, mokre powietrze stało za drzwiami tak, jak je tam zostawiliśmy nocą. Zrobiło się za to jakby cieplej, parę kroków dalej okazało się, że jest właściwie bardzo ciepło a nawet tochę za gorąco. Nie zdążyliśmy tego zjawiska jeszcze skomentować, a już byliśmy od stóp do głów zroszeni, nazwijmy to - wodą. Dziwne, aczkolwiek przyjemne uzucie. Może dlatego, że zupełnie dla nas nowe.
Darwin okazało się uroczym miasteczkiem zatopionym w bujnej zieleni. Większość budynków relatywnie nowa, a to z powodu cyklonu Tracy, który w 1974 roku zniszczył ponad 80% miasta. Darwin odbudowano zgodnie z nowymi regulacjami, które mają sprawić aby poprzednia tragedia nigdy się nie powtórzyła. Konstrukcje budynków muszą być odporne na silny wiatr, a do niedawna istniał nawet przepis, wedle którego, każdy nowo budowany dom musiał posiadać własny schron podziemny. Dzisiaj buduje się już głównie publiczne schrony, które mają zapewnić schronienie okolicznym mieszkańcom w czasie ewentulnego cyklonu.
Rozległe okolice centrum można obejść pieszo zachaczając o rozliczne atrakcje turystyczne. Nie omieszkaliśmy wstąpić do muzeum, w którym odbywała się właśnie wystawa poświęcona cyklonowi Tracy, aż trudno uwierzyć jakiego wiatr dokonał tu wtedy spustoszenia.
Za drzwiami, opatrzonymi ostrzeżeniem przeznaczonym dla osób, które pamietają Tracy, odtwarzane są dzwięki nagrane w czasie cyklonu. Słychać odgłosy spadających dachów, łamanych gałęzi i rytmicznie uderzającej o ścianę budynku częściowo już oderwanej blachy. W tle nieustające, przejmujące i dzikie wycie wiatru. Przerażające wrażenie potęguje fakt, że słuchamy odgłosów Tracy w zupełnych ciemnościach.
Muzea nie są jednak tym co przyciąga turystów do Darwin. To świetna baza wypadowa do pobliskich Parków Narodowych. Można wybrać się na wyprawę wynajętym samochodem lub przyłączyć do zorganizowanej wycieczki. Wybór jest spory, od jednodniowych wycieczek po siedmiodniowe, od tanich wypadów po luksusowe wojaże oferujące noclegi w hotelach pięciogwiazdkowych. Można jeździć samochodem terenowym, lub pływać kajakiem. Pora deszczowa, nie jest uznawana za najlepszy okres na zwiedzanie tych okolic, przyjeżdża więc w tym czasie niewielu turystów. Pogoda jest dla wielu zbyt uciążliwa, co gorsza, z powodu ulewnych deszczy wiele miejsc jest w tym czasie niedostępnych. Dla nas to wymarzone okoliczności, tłok lubimy na ulicach miast, przyroda jawi się nam znacznie atrakcyjniej bez tłumu ludzi.
Jako osoba z natury leniwa, zdecydowanie wolę być wożona niż męczyć się za kółkiem walcząc z mapami i wgapiając się w przewodniki zamiast w widoki. Stan ęło na moim. Wybraliśmy kilkudniową wycieczkę do Parku Narodowego Kakadu, z rodzaju tych o spartańskich warunkach. Noclegi na kampingach a nie w hotelach, jazda samochodem terenowym przez busz, mała grupa ludzi.
Muszę się przyznać, że miałam dodatkowy powód aby nalegać na podróżowanie z doświadczonym przewodnikiem - krokodyle. Wybieraliśmy się przecież do ich królestwa! Miałam dziwne wrażenie, że jeśli pojedziemy sami, nie wyjdę w ogóle z samochodu, o spaniu pod gołym niebem nawet nie wspominając. Prosto rzecz ujmując - bałam się. Nic zresztą dziwnego.
Mieszkamy w Sydney, mieście malowniczo położonym nad oceanem, plażowanie i oceaniczne kąpiele są tu ulubioną rozrywką mieszkańców. Każda dyskusja, którą zaczynałam z Australijczykami na temat niebezpieczeństwa związanego z kąpielą w oceanie, ze względu na rekiny oczywiście, kończyła się tak samo. Rekiny, śmiertelnie jadowite węże i pająki, których pełno jest w Australii - to nic, nie ma się czego bać. Słonowodne krokodyle, oto przedstawiciele australijskiej fauny, od których należy się trzymać z daleka. Racjonalny strach i szacunek dla tych olbrzymich gadów, nie jest tutaj powodem do wstydu. Dlaczego? Oto przykład.
Kilka miesięcy przed naszą wyprawą, na północy Queensland (stan, który graniczy z Północnym Terytorium) grupa przyjaciół rozbiła namioty na polu campingowym, w bezpiecznej jak się wydawało odległości od wody.
W środku nocy, kiedy wszyscy smacznie spali, czterometrowy krokodyl pojawił się w obozowisku i postanowił wyciągnąć jednego z mężczyzn z namiotu za nogę. W tym samym namiocie oprócz jego żony, spało również ich 3 miesięczne dziecko. Dramatyczne krzyki postawiły cały obóz na nogi. Było ciemno, krokodyl iągnął swą ofiarę do wody i wtedy stało się coś co zdumiało wszystkich. Sześćdziesięcioletnia kobieta wyskoczyła z namiotu obudzona krzykami i niewiele myśląc wskoczyła krokodylowi na grzbiet. Zaskoczony gad porzucił swą pierwszą ofiarę i rzucił się na intruza. Na szczęście jeden z obozowiczów miał ze sobą strzelbę i zastrzelił rozwścieczone zwierzę zanim zdążyło kogoś zabić. Taka oto "przygoda wakacyjna". Tym razem nikt nie zginął, niestety ataki słonowodnych krokodyli zwykle kończą się tragicznie. |