|
Odcinek II
Rybki sobie łowię
Zaczynam gawędzić ze sternikiem, okazuje się, że jest zapalonym wędkarzem. Jego ulobione miejsce do wędkowania - oczywiście Adelaide River - to tu można złowić najpiękniejsze i największe okazy ryb barramundi. Łowi się z brzegu i do tego nocą.
- To chyba dość niebezpieczne - pytam zdumiona.
Nie zaprzecza ale stwierdza, że wystarczy być bardzo ostrożnym i pamiętać cały czas o tym, że pomimo iż go nie widać, krokodyl jest na pewno gdzieś w pobliżu.
- Trzeba być gotowym na atak cały czas - podkreśla - i wszystko będzie w porządku.
Zasada jest taka, wędkarze wiedzą gdzie jest najwięcej ryb i krokodyle to wiedzą. Wędkarze próbują złowić ich jak najwięcej i krokodyle też. Różnica pomiędzy nimi polega tylko na tym, że jeśli krokodyl będzie miał szansę upolować wędkarza - na pewno to zrobi, a wędkarzowi, krokodyla upolować nie wolno. Jedyne co może zrobić w przypadku ataku, to rzucić wędkę i uciekać.
- Do tego potrzebne są specjalnie podbite buty - informuje Chris - jedna wywrotka na śliskim brzegu rzeki i próba ucieczki zakończy się fiaskiem. Porządna lampa przymocowana do głowy jest równie ważna - dodaje. - Bez niej nie zauważysz w ciemnej wodzie, zbliżającego się krokodyla.
Chris łowi nad Adelaide River od wielu lat i tylko trzy razy był atakowany przez krokodyle, dwukrotnie uciekał przed krokodylem w gląb lądu.
- Jedynie małe, takie do półtora metra dlugości krokodyle, podejmują pogoń za potencjalną ofiarą na brzegu - mówi. - Większe i bardziej doświadczone, dobrze wiedzą, że nie warto trudzić się bieganiem. Między innymi dlatego, że są już zbyt ciężkie i nie tak szybkie na lądzie jak mniejsze gady. Kiedy nie udaje im się złapać wypatrzonej zdobyczy przy brzegu, szybko znikają w odmętach wody.
Tak było ostatnim razem. Chris przyznał, że wziął czającego się na niego krokodyla za wielką barramundi. Pomyłka, którą można przypłacić życiem. W ostatniej dosłownie chwili zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak i instynktownie odskoczył do tyłu. Ułamek sekundy przed tym, jak wielka krokodyla paszcza zamknęła się ze specyficznym trzaskiem w miejscu, nad którym dopiero co się pochylał.
- Po raz pierwszy stanąłem oko w oko ze śmiercią, a przynajmniej tak się wtedy czułem - stwierdza.
Czy to go zniechęciło do nocnych połowów? Trzymetrowy krokodyl próbujący odgryźć mu glowę? Oczywiście, że nie. Chris ciągle uważa, ze dopóki człowiek nie znajdzie się w wodzie, a w jej pobliżu zachowuje się ostrożnie, nic mu nie grozi. To dlatego nie boi się stawać w szranki z krokodylami podczas połowów ryb ale za nic nie wszedłby do oceanu, nad którym leży Darwin. Ja zresztą też nie. Krokodyle słonowodne chętnie korzystają z uroków słodkich akwenów ale słoną wodą nie wzgardzą. Pływają więc sobie w oceanie kiedy im tylko przyjdzie ochota. Chris z rodziną za to, kąpie się tylko w sztucznych basenach, taką ma zasadę.
Ocet na krokodyla
Ludzie nauczyli się tu żyć z krokodylami za sąsiadów, znają i przestrzegają ogólnych zasad bezpieczeństwa, lub tworzą nowe na swój własny użytek. Nikt nie żyje tu w ciągłym strachu, ale wszyscy ze świadomoscią groźnego sąsiedztwa albowiem nawet w mieście nie jest do końca bezpiecznie.
Kupiliśmy sobie w Darwin raz jeden tylko, lokalną gazetę. I od razu znaleźliśmy opowieść o serfujących na falach oceanu chłopcach i o krokodylu pływającym zaledwie kilka metrów od nich. Serfowali niedaleko od popularnej miejskiej plaży, kiedy dotarły do nich rozpaczliwe nawoływania z lądu "krokody, krokodyl!". Mieli dużo sczęścia bo krokodyl nie próbował nawet ich gonić. Dopłynęli bez przeszkód do brzegu ale w wypowiedzi dla gazety stwierdzili, ze nie są pewni czy będą tu znowu kiedyś pływać.
Najwięcej ofiar ataków krokodyli jest wśród turystów, być może dlatego iż niekoniecznie zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo są one niebezpieczne.
Patrząc na australijski busz, który miejscami wydaje się wyglądać jak europejski lasek, trudno czasami uwierzyć, że tam może nam coś grozić. W końcu jesteśmy w cywilizowanym kraju i to w dwudziestym pierwszym wieku. Można się raczej spodziewać, że gdyby było tu naprawdę niebezpiecznie to pojawiłby się zakaz wstępu, albo ochraniarz ze strzelbą dla każdego. Jak nie ma, to znaczy, że nie ma się czego bać. Niby tak, a jednak nie do końca.
Szczerze mowiąc - wlaściwie nie wiem - gdzie tak naprawdę zaczyna się granica ryzyka.
Pierwszych kilka dni spędziliśmy na włóczeniu się po Darwin. Piękne, pustawe plaże, ocean na wyciągnięcie ręki. Lepiące się od potu, nagrzane ciało wołało o kąpiel. Brunatna, mętna woda w oceanie nie zachęcała jednak do tego. Nie widać co w niej siedzi. Z glową pełną historii o krokodylach, bałam się nawet podejść zbyt blisko brzegu. To tam powinien czaić się na mnie krokodyl lub cała ich wygłodniała zgraja.
To było jeszcze przed wyjazdem do Kakadu, dzisiaj już zaśmiewam się do łez na samo wspomnienie swojego przerażenia. Aczkolwiek czasami śmiech zamiera mi na ustach, może to nie takie jednak śmieszne? Ciągle nie jestem pewna czy słusznie trzymałam się z dala od mętnych fal, czy też tylko poddałam się głupiej fobii? Idiotycznemu wrażeniu, że krokodyl może się czaić w każdej nieomal większej kałuży.
Pamiętam grupkę ludzi z psem. Podeszli raźnym krokiem w pobliże oceanu, ich pupil ochoczo wskoczył do wody obszczekując fale. Serce mi zamarło. Czy on tak szczeka z radości, czy też coś tam się czai. Pomyślałam z ulgą, że pies przecież węch ma dobry i jeśli coś się do niego zbliży, to pewnie szybko wyskoczy na brzeg. Nie na długo mnie to pocieszyło. Czy woda czasem nie zatrzymuje ewentualnego zapachu? Czy ten pies na pewno wyczuje, jeśli krokodyl siedzi pod wodą? Pamiętam jak stałam tam wtedy, zmrożona, czekając na fatalny atak. Oczywiście nic się nie stało.
Nikt nikogo nie zabił.
Pies machając radośnie ogonem odbiegł w siną dal. Nienaruszony. Poczułam się nieco głupio - do wody jednak nie podeszłam.
Jak polączyć fakt, że nie było na plażach ostrzezeń przed krokodylami (a stawia się je zwykle wszędzie tam gdzie jest najmniejsza choćby szansa, że mogą się pojawić) z paniczną ucieczką serferów przed krokodylem, z wody przy takiej wlaśnie plaży? Czy jest to tak rzadkie, czy trzeba mieć wielkiego pecha, żeby na nie trafić? Chyba tak. To pewnie tak jak z unikaniem kąpieli w oceanie - bo rekin może przypłynąć. Owszem może, ale jak często to się zdarza?
Niemniej z tej wlaśnie zatoki, nad którą leży Darwin, specjalne ekipy rangersów wyławiają rocznie około sto dwadzieścia krokodyli złapanych w pułapki i transportują do krokodylich farm. Sto dwadzieścia to niewiele, aczkolwiek trudno przypuszczać, że udaje się wyłapać wszystkie, które tam plywają.
Nie ma więc na australijskich plażach ostrzeżeń przed rekinami, nie ma i przed krokodylami. Nie było za to plaży w okolicach Darwin, przy której nie stałyby wielkie ostrzegawcze znaki informujące o tym, że o tej porze roku ocean pełen jest Box Jelly Fish. Meduz, których poparzenie może być śmiertelne a w najlepszym wypadku ogromnie bolesne. Przy każdej takiej tablicy, pojemnik z octem - do nacierania w przypadku poparzenia i tym samym łagodzenia bólu. A o krokodylach nic. Przyjmijmy więc, że ich tam nie było. |