Reportaże
W krainie krokodyli
Adelaide
Coober Pedy
Darwin
Kakadu National Park
 
15.10.2005

Kolejne odcinki

> W krainie krokodyli >
> Panikowac nie trzeba >
> Rybki sobie łowie >
> Gniazdo w prezencie >
> Odcinek V >
> Odcinek VI >
> Odcinek ostatni >
 

Odcinek IV

Pędzimy dalej, mamy dzisiaj sporo do przejechania, Kakadu Park ma, bagatela, dwadzieścia tysięcy kilometrów kwadratowych. Nie uda nam się oczywiście zobaczyć wszystkiego, nie mamy tyle czasu, część dróg jest już zresztą nieprzejezdna.

Kolejny przystanek witamy z ogromną radością, ileż w końcu można siedzieć.

Wędrówka przez busz, nie jest wcale uciążliwa. Pomimo upału, wykańczającej wilgotności powietrza i upierdliwych much jest wlaściwie bardzo przyjemnie. Pachnie. Zmierzamy do aborygeńskich malunków naskalnych.

Ich wiek oceniany jest na ponad dwadzieścia tysięcy lat, ale są też nowsze, na których pojawiają się postacie z "długimi kijami" w dłoniach. To pierwsi biali, których spotkali Aborygeni.

Linearne, tworzone przy użyciu kilku zaledwie kolorów rysunki zachwycają prostotą. Przedstawiają ważne dla Aborygenów wydarzenia i opowieści o ich przodkach - kreatorach tej ziemi, zwierząt i Aborygenów. To oni przynieśli ze sobą prawa wedle, których należy życ, język, obrzędy i wiedzę o tym jak przetrwać i dbać o swoją ziemię. Wiedzę przekazywaną z pokolenia na pokolenie w czasie mistycznych obrzędów.

Szczuple, wydłużone postacie, abstrakcyjne ozdoby na głowach, eleganckie, pozbawione zbędnych detali malunki pokrywają skały. Część rysunków jest w stylu określanym "rentgenowskim". Oprócz generalnego obrysu postaci, naszkicowane są i kości, uproszczony szkielet przedstawionej osoby.

To niesamowite miejsce. Przez wieki mieszkali tu Aborygeni, szukając schronienia pod nawisami skalnymi przed słońcem i deszczem. Oddychamy z ulgą, tropikalny upał dał nam się już jednak we znaki, nie ma nic przyjemniejszego niż schować się w cieniu olbrzymich skał. Różnica temperatur jest zaskakująca. Z jednego ze skalnych ustępów spływa szeroką wstęgą woda, tworzy naturalny prysznic. Nie możemy sobie odmówić frajdy, chłodne kropelki przynoszą ukojenie rozgrzanym ciałom. Pewnie w podobny sposób korzystali z tego mini wodospadu Aborygeni. Jak miło spłukać z twarzy lepki pot, nigdzie już nie chce nam się stąd ruszać.

- Czy wiecie skąd się wzięła nazwa kangur? (po angielsku kangaroo) - pyta nagle Deano. Kiedy kapitan Cook zobaczył po raz pierwszy kangura, zapytał swoich aborygeńskich przewodników: "Co to jest?". "Kangaroo" - odpowiedział jeden z Aborygenów. Nazwa została odnotowana i przyjęta jako nazwa skaczącego śmiesznie ssaka. Później okazało się, że "kangaroo" oznacza nie mniej nie więcej jak "nie rozumiem" w aborygeńskim języku.

- Lubię tą historię - dodał zaśmiewając się Deano - aczkolwiek nie wiadomo ile w niej prawdy.

Aborygeni uznawani są za tradycyjnych właścicieli Kakadu Parku i to ich słowa powitania widnieją na tablicach rozstawionych tu w wielu miejscach. Aborygeni kochają tą ziemię i mają zupełnie inne niż biali podejście do krokodyli.

Niektórzy z nich mieszkają do dzisiaj w buszu, na terenie, który graniczy z Kakadu i zwany jest Arnhem Land. Jeśli nie jest się mieszkańcem tych ziem, trzeba uzyskać specjalne zezwolenie aby tam wejść. Ta ziemia to również kraina krokodyli.

Nie wiadomo właściwie czy Aborygeni zamieszkujący te okolice, zgłaszają wszystkie ataki krokodyli na swoich ziomków. Odkąd wprowadzono zakaz polowań na te olbrzymie gady, poinformowali władze o dwóch tylko śmiertelnych wypadkach. W obu przypadkach aborygeńska społeczność prosiła, aby krokodyla zostawić w spokoju, nie próbować szukac go, łapać, czy też nigdzie wywozić.Uszanowano ich wolę.

Zwykle robione jest bowiem wszystko aby złapać krokodyla, który zabił człowieka. Między innymi po to, by odzyskać resztki szczątków ofiary ale przede wszystkim aby zwierzę wywieść poza rejon, w którym mogłoby znowu kogoś zaatakować. Transportuje się je do Krokodylus Parku, gdzie naukowcy badają życie i zwyczaje krokodyli lub na krokodyla farmę. Często jednak zdarza się, że krokodyl ginie w czasie takiej łapanki. Prawdopodobnie to główny powód dla którego Aborygeni nie życzą sobie aby krokodyla "ludobójcę" łapać. Uznają, że krokodyle mają takie samo prawo do mieszkania i przetrwania na tych ziemiach jak człowiek i nie chcą im go odbierać tylko dlatego że zapolowały na jednego z nich.

Najsławniejszym krokodylem, który zginął podczas próby pojmania byl Sweetheart, znany z tego, że z pasją atakował łodzie rybackie na Finniss River w pobliżu Darwin. Nigdy nie zaatakował co prawda żadnego z rybaków nawet gdy kilkakrotnie zdarzyło się im wypaść do wody z łodzi którą wywrócił. Ataki na łodzie były jednak tak częste, że postanowiono nie czekać na czyjąś śmierć, złapać pięciometrowego gada i wywieść go w miejsce, w którym nie będzie nikomu zagrażał. Niestety krokodyl zdechł wkrótce po tym jak został złapany i jego olbrzymie cielsko jest teraz atrakcją turystyczną w jednym z muzeów Darwin.

Nie zawsze udaje się złapać krokodyla żywcem, nie zawsze też udaje się odnależć krokodyla, który zabił człowieka.

W zeszłym roku, w czasie pory deszczowej, trójka nastolatków z Darwin wybrała się na przejażdżkę motorami po buszu. Było bardzo gorąco, więc postanowili wykąpać się w rzece. Nie spodziewali się, że może być w niej krokodyl, bo dobrze wiedzieli, że te olbrzymie gady nie zamieszkują tego terenu. Nie zdawali sobie sprawy, że obfite deszcze umożliwiły krokodylom przedostanie się w głąb lądu i że jeden z nich czai się w głębinie. .

Nie pływali długo, kiedy jeden z chłopców zauważył krokodyla płynącego tuż obok. Ostrzeżeni jego krzykiem wszyscy trzej zaczęli płynąć w kierunku najbliższego drzewa, które rosło w wodzie. Niestety tylko dwóch z nich zdołało do niego dotrzeć. Wspięli się najwyżej jak tylko się dało i zaczęli rozglądać się za swoim przyjacielem. Było przerażająco cicho. Nie było słychać ani widać żadnych śladów walki. Kiedy po kilku minutach zaczęli wierzyć, że krokodyla już tu nie ma, ten wypłynął na powierzchnię tuż pod drzewem, z ich przyjacielem w paszczy. Zniknął na parę minut ale wrócił znowu i od tej pory krążył już wokół nich czekając cierpliwie na jakąś szansę aby ich złapać. Jak stwierdzili najgorsza do przetrwania była noc, było bowiem tak ciemno, że nie byli w stanie zobaczyć jak wysoko podniosła się woda i czy są w bezpiecznej od niej odległości. Dopiero w dwadzieścia jeden godzin pózniej odnalazła ich policja. Siedzieli ciągle na tym samym drzewie, a czterometrowy krokodyl dalej czaił się w pobliżu. Kiedy helikopter zabrał chlopców z drzewa, krokodyl zniknął. Nie udało się odnaleźć ani jego, ani ciala ich przyjaciela pomimo długotrwałych poszukiwań.

A może by tak poplywać?

Pomimo ogólnie przyjętej tezy "gdzie woda tam i krokodyl" jest kilka oczek wodnych w Kakadu, w których, w czasie pory suchej, zwykle ich nie ma. Kakadu jest w większości płaskim terenem, miejsca względnie bezpieczne do kąpieli to tereny położone na wzniesieniach, oczka wodne powyżej wodospadów i pod nimi. To tam kąpią się spragnieni ochłody turyści. O ile krokodyle mają problemy z dostaniem się tam w porze suchej, to nie mają zbyt dużych w czasie pory deszczowej. Każdego roku więc, tuż przed rozpoczęciem pory suchej, do akcji wkraczają rangersi. Przeszukują rozlewiska wodne pod wodospadami i wywożą znalezione tam krokodyle na niżej położone tereny. Oczko wodne jest znowu bezpieczne dla turystów, oczywiście teoretycznie. Oficjalne informacje o Kakadu Parku są jednoznaczne, jedyne - uznawane za w pełni bezpieczne miejsce do kąpieli - to sztuczny basen, w ośrodku turystycznym Jabiru. Kąpiel w każdym innym zbiorniku wodnym na terenie Kakadu jest odradzana.

Kiedy więc pewnego upalnego dnia Deano rzuca - Macie ochotę popływać? Zamiast radosnych okrzyków potwierdzenia pojawia się pytanie - Gdzie?!

Okazuje się, ze jedziemy w jedno z tych miejsc uznawanych za bezpieczne do kąpieli.

O krokodyle nie ma co się martwić, pojawią się tu pewnie za jakiś miesiąc. Woda jeszcze nie zalała tych terenów, nie ma szans, żeby krokodyle już tu były. Tak przynajmniej twierdzi Deano.

Jedziemy do wodospadu. Będziemy wspinać się na skały i oglądać widoki. Zaraz też się okaże czy możemy pływać nad wodospadem, czy też woda płynie już zbyt wartko i nie jest tam bezpiecznie.

- Ostro padało przez cały tydzień i wysoka fala wody pędzi rzeką w tą stronę - wyjaśnia Deano. - Już kilkakrotnie się zdarzyło, że turyści pływali w rzece nad wodospadem, nie zauważyli jak szybko podnosi się woda i kiedy w chwilę później nadeszla wielka fala, zmiotło ich wszystkich w dół wodospadu. Krokodyle nie potrafią się wspinać po skałach - dodaje - kąpiel w oczkach wodnych nad wodospadami jest więc zupełnie bezpieczna. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że tylko w czasie suszy, w porze deszczowej robi się już groźnie, choć nie ze względu na krokodyle.

Zbliżamy się do niewielkiego mostu na takiej też rzece. Poziom wody jest tak wysoki, że woda obmywa już mostek, do tego pędzi jak oszalała.

- Mamy dużo szczęscia - cieszy się Deano - jutro już nie da się przejechać na drugą stronę. Cały ten teren zostanie oficjalnie zamknięty pewnie jeszcze dzisiaj, bo wygląda na to, że woda niebawem wyleje się poza koryto rzeki. Niestety nie popływamy nad wodospadem - dodaje - popływamy za to pod nim.

Wodospad piękny, ale w czasie wspinaczki po skałach w czterdziestostopniowym upale, przy prawie dziewęćdziesięcioprocentowej wilgotności powietrza trochę się zziajaliśmy - pot leje się z nas strumieniami. Oczywiście Deano skakał po skałach jak kozica jaka. Nie ma to jak praca w terenie. Dochodzimy na górę, szczęśliwi, zasapani i mokrzy. Niestety w tej chwili nie pada. Już polubiłam monsunowe deczcze. Są ciepłe, krótkotrwałe i przynoszą ulgę zgrzanym ciałom. Z braku deszczu, który mógłby mnie ochłodzić postanawiam wylać sobie na głowę życiodajną wodę z butelki. Wszyscy nosimy ze sobą zapasy wody - odwodnienie w tym upale jest groźniejsze niż krokodyl. Pijemy więc wodę litrami i zupełnie nie trzeba nas do tego zmuszać. Straszne mam wyrzuty sumienia, zamierzam zużyć wodę do celów do jakich nie jest przeznaczona. Mamy jej przecież ograniczony zapas. Deano wozi wodę w wielkim baniaku, musi starczyć dla wszystkich na cały dzień. Miejmy nadzieję, że nie zużywam właśnie jakichś jej ostatków, z drugiej strony - to nie pustynia, uzupełnimy przecież zapasy wieczorem na campingu. To wylewam - ależ ulga!

Widok na Kakadu zachwyca. Widok na rzekę natomiast równie piękny co bolesny. Wije się cudnie między skałami, tylko czemu nie można do niej wejść? O niczym innym nie marzymy. Faktem jednak jest, ze rzeka wygląda groźnie, woda pędzi jak oszalała wydając do tego głośne i nieprzyjazne dźwięki. Nikt nie ma ochoty zostać sciągnięty przez silny prąd w dół wodospadu. Całkiem jest bowiem wysoki.

Na dół, na dół - schodzimy jak szybko tylko się da. Na dole czeka nagroda, kąpiel w rozlewisku pod wodospadem.

Jeszcze tylko scieżka pomiędzy drzewami, szybko, szybko, już widać wodę, o - a ten znak to co? A ten znak, to informacja dla takich jak my spragnionych kąpieli. Brzmi mniej więcej tak: "Kąpiel w tym miejscu może być niebezpieczna. Pomimo iż krokodyle nie zamieszkują tego rozlewiska, znane sa przypadki, że przemieszczały się w te rejony w przeszłości. Nie ryzykuj". Ah tak!

- Zignorowałbym - stwierdził krótko Deano - jestem pewien, ze teraz ich tu nie ma.

Zignorowaliśmy, było łatwo po takiej wspinaczce.

   
Kakadu National Park fotografie »
   
Iwona Król ( Sydney ) następne >
Australia na fotografii 

copyright © 2005 michal turski Australia