Reportaże
W krainie krokodyli
Adelaide
Coober Pedy
Darwin
Kakadu National Park
 
15.10.2005

Kolejne odcinki

> W krainie krokodyli >
> Panikowac nie trzeba >
> Rybki sobie łowie >
> Gniazdo w prezencie >
> Odcinek V >
> Odcinek VI >
> Odcinek ostatni >
 

Krokodyl w śpiworze

Zbliżał się wieczór kiedy dojechaliśmy do naszego campingu. Trochę się rozczarowaliśmy, bo okazało się, że nie będziemy spali w namiotach tylko w baraku, takim jakie zwykle widzi się na budowach, ale za to z klimatyzacją. Pogodziliśmy się z tym szybko, w końcu co to za różnica gdzie się śpi, namiot byłby fajniejszy, bo możnaby się trochę bać, ale właściwie wrażeń mieliśmy już dzisiaj sporo. Poza tym znalazłam sobie w zamian inną podnietę strachową - daleko do ubikacji. Trochę mnie to zaniepokoiło. W nocy, po ciemku wolałabym nie biegać sama do toalety. Latarki oczywiście nie mam a o ile krokodyla tu się tak naprawdę nie spodziewam, o tyle węże mogą być, lepiej byłoby na jakiegoś nie wleźć. Podzieliłam się szybko swoimi obawami z jedną z dziewcząt, w poszukiwaniu bratniej, zaniepokojonej duszy.

- E tam - powiedziała, zupełnie nie spełniając moich oczekiwań - jakie węże, skąd miałyby się tu wziąść?

Hm. Jesteśmy w środku buszu, to z buszu chyba? Zrelaksowałam się jednak szybko, będę robić hałas idąc i już. Węże jak sądzę, powinny bać się mnie znacznie bardziej niż ja ich, dać im tylko szansę to będą mnie unikać jak ognia. Poza tym zaczynała się właśnie kolacja, zapachy dochodzące z namiotu-jadalni przyprawiają o zawrót głowy, trudno teraz skupić się nad czymś innym. Pędem do środka. Niesamowite ile przyjemności mogą dać czlowiekowi takie proste rzeczy jak kawałek szmaty nad glową - chroniący przed litrami wody, które właśnie w szalonym pędzie zaczęły wylewać się na nas z niebios, czy też chwila wytchnienia od moskitów serwowana w tym samym czasie. Jeśli jeszcze dodać to tego rozsiewające cudne zapachy jedzenie, leżące tuż na wyciągnięcie ręki - życ nie umierać.

Nagłe poruszenie wśród grupki na drugim krańcu stołu szybko przykuło moją uwagę. Deano wyskoczył na zewnątrz jak strzała. Dopadłam go kiedy wrócił.

- Coś się stało?

- W damskiej ubikacji był jadowity wąż, Western Brown - wyjaśnił spokojnie.

- To jeden z dziesięciu najbardziej jadowitych węży na świecie - rzucił ktoś z boku.

- Zgadza się. Dlatego, niestety - podkreślił - musiałem go zabić. Nie mogłem ryzykować, że wyniosę go gdzieś w busz a on tu znowu wróci. Jest zbyt niebezpieczny, żeby pozwolić mu kręcić się gdzieś tu w pobliżu. Dobrze, że jesteśmy poza granicami Kakadu - dodał - tam nie mógłbym go zabić i mielibyśmy problem.

Deano wyjaśnił, że wąż był bardzo młody i przez to, bardziej niebezpieczny. Starsze, doświadczone węże wpuszczają niewiele trucizny podczas ataku, większa jest więc szansa na jego przeżycie. Młode - ze strachu - wpuszczają gryząc, tyle trucizny ile się da. Można nie przeżyć kilkunastu minut potrzebnych do udzielenia pomocy.

- A co wlaściwie robić, jeśli ukąsi mnie wąż - spytał ktoś szybko.

- Nie panikować i nie biegać. Im szybciej się ruszasz tym szybciej krąży krew, trucizna błyskawicznie rozprowadzana jest po ciele. Oznacza to mniej czasu na udzielenie pomocy. To samo dzieje się kiedy wpadasz w panikę, boisz się - serce bije szybciej, tłoczy więcej krwi. Trzeba zachować spokój. Jeśli po ugryzieniu tego węża zacząłbyś biec, nie dobiegłbyś do tamtego budynku - uzupełnił Deano, pokazując na barak. - To jakieś pięćdziesiąt metrów i jesteś już martwy.

Twarz dziewczyny, która nie wierzyła w pojawienie się węża na naszym campingu była zielona. Ja za to zupełnie już się nie bałam, nie bardzo wiem czemu. Tak jak, nie wiem nawet kiedy, przestałam mysleć o krokodylach i czekać na ich nieunikniony atak, tak teraz nie bałam się już węży. Być może dlatego, że wcześniej oba te zwierzaki wydawały mi się zbyt niezwykłe, nienamacalne - wydawały się też przerażające. Teraz stały się zwyczajne, stały się częścia dnia, tego buszu, czymś naturalnym. To nieznanego boimy się chyba najbardziej. Klarowna świadomość tego, czego mogę się spodziewać, dała mi przyjemny spokój - niesamowite uczucie.

Nie spodziewałam się, że zaśnięcie w baraku dzielonym z jakąś dwudziestką osób będzie takie łatwe. Ledwie przyłożyłam głowę do poduszki głosy współlokatorów zaczęły zamierać gdzieś w dali. Przed oczami przewijają się obrazy zielonego Kakadu, niezwykle kolorowe sukienki Aborygenek z ulic Darwin mieszaja się z widokiem krokodyli czających się przy brzegu a wszędzie wokół słychać ten specyficzny trzask zamykanej krokodylej paszczy, który brzmi jak otwieranie butelki od szampana, więcej otwieranych butelek, więcej, jeszcze więcej...

- Krokodyl w moim śpiworze!!!

Histeryczny wrzask wyrwał mnie ze snu. Z trudem docierało do mnie gdzie jestem i co właściwie się dzieje.

Ktoś zapytał co się stało, ktoś zapalił światło, ktoś rzucił "to chyba taki malutki", ktoś zaczął się śmiać. Po chwili barak trząsł się cały od śmiechu. Dwie osoby tylko się nie śmiały - autor wrzasku i dziewczyna śpiąca w łóżku pod nim. On majstrował coś przy drzwiach twierdząc, że miał węża w łóżku i pozorując wyrzucanie go na zewnątrz. Ona trzepała śpiwór i pytała raz po raz, skąd wział się ten wąż i jak można mieć pewność, że nie ma ich tu więcej.

- A co z tym krokodylem? - zapytał ktoś nagle i przestałam wierzyć, że po nowym ataku śmiechu jaki przetoczył się teraz przez barak uda się dzisiaj komukolwiek zasnąć. Zasnęliśmy jednak, a przynajmniej ja i to od razu, gdzieś pomiędzy jednym chichotem a drugim.

Mokra robota

Kolejne dni były upalne, wilgotność powietrza nie zmniejszała się, a monsunowe deszcze skrapiały nas nie tyle obficie co dość często. Czyli wszystko w normie, jak przystało na typową porę deszczową.

Jechaliśmy właśnie w kierunku innego malowniczego wodospadu, kiedy Deano zaczął krzyczeć nagle "brolgi, brolgi" i jak to zwykle w przypadku pojawienia się jakiegoś zwierzaka w buszu zawrócił samochód i popędził w kierunku z którego właśnie przyjechalismy. Brolgi to piękne, eleganckie ptaki, trudno je spotkać na wolności bo bardzo są płochliwe. Deano stwierdził, że tak blisko nigdy ich jeszcze nie widział.

Niestety szybko potwierdziły swoją niechęć do przedstawicieli ludzkiego gatunku znikając gdzieś w buszu.

Brolgi słyną ze swojego niezwykłego przywiązania do partnera. Po pierwsze łączą się w pary na całe życie, co nie jest być może aż tak niezwykłe - przynajmniej wśród ptaków. Po drugie każdego roku wiosną, wykonują taniec godowy z taka ponoć pasją jakby partnera dopiero co znalazły i za nic nie chciały go stracić dla jakiegoś konkurenta. Tym czasem brolgi nie tylko nigdy od siebie nie odchodzą ale wręcz nie potrafią żyć bez siebie nawzajem. Jeśli jedna z nich ginie, druga umiera wkrótce po niej. Słynny godowy taniec brolg uznawany jest za wyjątkowo piękny i dramatyczny, Aborygeni naśladują ich płynne i pełne pasji ruchy w jednym ze swych tańców obrzędowych.

O ile brolgi, choć to spore ptaki, trudne są do wypatrzenia w buszu, o tyle termitów choć malutkie nie da się nie zauważyć. Oczywiście dzięki ich potężnym termitierom.

Jest ich w Kakadu i okloicy całe mnóstwo, od niedużych, które wyglądają z daleka jak leżące na ziemi kamienie, po te dziewięciometrowej wysokości. Wysokie, strzeliste kopce wyrastające tu i ówdzie pomiędzy drzewami są nieodłączną częścią krajobrazu.

Wędrowaliśmy sobie przez busz, podjadając dzikich i niezwykle kwaśnych jabłek, kiedy to wyrosło przed nami coś na kształt starego, opuszczonego cmentarzyska.

- Polana termitów - rzucił Deano.

Niezwykły widok, termitiery sterczą jedna obok drugiej, wszystkie jak jeden mąż płaskie i zwrócone w tym samym kierunku.

- To termitiery magnetyczne - wyjaśnia Deano.

Budują metr swojego domu rocznie, to całkiem dobre tempo jak na takie maleństwa. Mają też niezły system walki z mrówkami, można chyba powiedzieć, że nie lubią "mokrej roboty".

Termity broniąc się przed atakiem mrówek, nie zabijają ich od razu, właściwie, nie zabijają ich w ogóle a przynajmniej nie bezpośrednio. Wstrzykują im natomiast specjalną substancję, która sprawia, że kiedy nasiąknięte nią mrówki wracają do swojego mrowiska, zabijane są natychmiast przez swoich pobratynców, bo pachną jak... termity.

- Warto, spróbować jak smakują - zmienia temat Deano - bo smakują jak pieprz - dodaje.

I rzeczywiście. Termity pieprzne, a mrówki z jaskrawo zielonymi odwłokami, których probówaliśmy wcześniej smakuja jak cytryna. Jeszcze parę dni i będziemy mogli zrobić sobie cały obiad z owadów.

Ostatniego dnia zrobiło się naprawdę gorąco, słońce grzało tak ostro po raz pierwszy od naszego przyjazdu do Terytorium Północnego. Zupełnie zniknęły gdzieś chmury, które pokrywały niebo niemal bez przerwy przez poprzednie dni, i nie tylko, ze pokrywały, ale do tego wylewały z siebie znienacka litry wody wprost na nasze głowy.

- Dzisiejsza pogoda zupełnie jak na zamówienie - ucieszył się Deano. - Wjeżdżamy właśnie do Parku Narodowego Litchfield. Tego dnia mamy w planie niewiele chodzenia a wiele kąpieli - dodał.

Ten Park był już bez krokodyli ale za to z mnóstwem rzeczek wijących się w skałach wśród buszu i malutkich wodospadzików które masowały nam plecy. Jaszczurki Sand Goannas, większe i mniejsze maszerowały w te i wewte pomiędzy opalającymi się na skałach ludźmi i raz po raz znikały w wodach rzeki lub dla odmiany w trawach buszu. Relaksującą ciszę zakłócał jedynie nieustający szum wodospadów i delikatne pomruki rzeki.

Nie mogliśmy uwierzyć, że to już koniec wyprawy, trzeba będzie opuścić ten niezwykły, tchnący spokojem zakątek, wrócić do miasta i znowu nosić ze sobą parasol żeby "nie daj Boże" nie zmoknąć.

   
Kakadu National Park fotografie »
   
Iwona Król ( Sydney ) następne >
Australia na fotografii 

copyright © 2005 michal turski Australia